Książka

Rozdział 7 : Szwajcaria 1932- zdobycie Dufourspitze

Szczyty Alp pokryte były śniegiem, tylko gdzieniegdzie widoczne były lite skały. Śnieg i mróz uniemożliwiały wiele wypraw, ale każdego roku pojawiały się grupy odważnych alpinistów, którzy próbowali zdobyć szwajcarskie szczyty zimą. Nie bojąc się niczego, czując, jakby góry ich wzywały, nagrodą było wbicie flagi na samym szczycie, a deserem droga powrotna, równie niebezpieczna. Wielu śmiałków wspinało się wtedy na szwajcarski Dufourspitze (4634 m n.p.m.). Szczyt ten należał do Korony Europy, usytuowany blisko granicy z Włochami. Był on drugim co do wysokości po Mont Blanc. Alpiniści zazwyczaj zatrzymywali się w schronisku Monte Rosa Hütte na wysokości 2795 m, na płycie skalnej, powyżej lodowca.
Irena planowała wyprawę alpinistyczną od dwóch lat, wcześniej wspinała się w Brazylii, Peru i zdobywała afrykańskie szczyty.
Nie miała dużego doświadczenia w tak skrajnych zimowych warunkach, wiedziała, że czeka ją duże wyzwanie. Najtrudniejszym okresem wspinaczkowym w Alpach szwajcarskich jest zima, temperatura schodzi do -25°C. Irena była wysportowana i nie bała się niczego. Jakby uczucie strachu zostało w niej wymazane już od urodzenia. Jeździła konno w wieku trzech lat, na nartach od czwartego roku życia, nigdy nie płakała i biła się z chłopakami, nie pokazując nigdy, że należy do słabej płci.
Ze swoim zespołem znali się wyśmienicie. Ona jako jedyna kobieta i szefowa wyprawy, czuła podwójny stres i czuła się odpowiedzialna za wszystkich kolegów, więc przygotowania musiała przeprowadzić w szczególny sposób.
Do wyprawy przygotowywali się: Wiktor Ostrowski, Konstanty Narkiewicz-Jodko i Stefan Osiecki, wszyscy należą do polskiego środowiska taterniczo-alpinistycznego. Posiadają doświadczenie, podobnie jak Irena, zdobyte w Chile i w Argentynie.
Znają się ze studiów i są przyjaciółmi, jeden z nich, Wiktor, ma żonę i dzieci, reszta, na czele z Ireną, jest stanu wolnego i tak też się czują. Nie mają obowiązku wracać, są wolni i opinia publiczna się dla nich nie liczy.
Irena, jako jedyna kobieta, narażona jest na wielką krytykę organizacji wspinaczkowych z wielu krajów, ale nie przejmuje się tym, nie potrafi, nawet gdyby chciała.
Wieje północno-wschodni wiatr, temperatura przekracza -25°C i pada silny, zamarzający śnieg. Alpy wydają się być bardziej złowrogie niż tydzień temu, gdy wspinali się do schroniska. Irena sprawdza prognozę pogody co dwie godziny.
– Nie możemy wyruszyć dzisiaj – powiedziała zrezygnowana.
– Już siedzimy w tym schronisku od miesiąca, ile można czekać – Wiktor był zdenerwowany.
– Nie możemy ryzykować – powiedziała stanowczo Irena.
– Amerykanie wyszli wczoraj, ciekawe, co się tam dzieje u nich, nie wrócili, więc może na górze Dufourspitze jest spokojniej, burze często schodzą w dolne partie gór – Wiktor nie odpuszczał.
– Czy ty nie rozumiesz, że pogody w górach nie można przewidzieć, potrzebny jest instynkt, może wyruszymy jutro, dam znać – powiedziała stanowczo Irena, nie zważając na to co myśli Wiktor.
– Tak i ty, jako jedyna kobieta w tym zespole, masz instynkt tak? – krzyknął zdenerwowany, – chciałem się wspinać i wracać do żony i dzieci, a nie wysiadywać w schronisku.
– Tak, mam instynkt, i nie wiem, czy zauważyłeś, podobnie jak ty chodzę w spodniach i jestem odpowiedzialna za tą wyprawę, rozumiesz, jeżeli ty będziesz stał na czele wyprawy, to ty będziesz decydował, na razie tą osobą jestem ja – Irena trzasnęła drzwiami, kierując się do swojego pokoju.
Długo nie mogła zasnąć, wiatr wzmógł się jeszcze bardziej, a zmrożony śnieg uderzał w okna schroniska, pogoda się pogarszała.
W pewnym momencie usłyszała alarm, ktoś krzyczał: „Amerykanie wracają, potrzebna pomoc!”
Irena wybiegła na korytarz, widząc oficera Szwajcarskiego Pogotowia Ratunkowego, powiedziała stanowczo, że ona może pomóc. Zgodził się od razu, idąc po sprzęt rozpoczął rozmowę z Ireną.
– Nazywam się James Rossell, przewodzę pogotowiu ratunkowemu Monte Rosa Hütte. – Masz legitymację?
Irena podała mu legitymację alpinistyczną, obejrzał ją ze wszystkich stron.
– Irena, hmm, jesteś Polką?
– Tak, tam wszystko jest napisane – odpowiedziała lekko zdenerwowana.
– Nie dość, że odważna, to jeszcze pyskata, jakie masz doświadczenie?
– Wspinałam się w Brazylii i Chile.
– Ok. I najważniejsze pytanie: Czy dasz radę, jako kobieta?
Irena wzruszyła ramionami, ignorując to pytanie.
– Zadałem pytanie, jeżeli na nie odpowiesz, nigdzie z nami nie wychodzisz.
– Dam radę!!!!- Widzisz te kolejki mężczyzn próbujących ci teraz pomóc? Teraz ty odpowiedz mi na to pytanie! – krzyknęła zdenerwowana do granic Irena.
James rozejrzał się w koło, nikogo nie było na korytarzu. Pokręcił tylko głową.
– Dobrze, idziemy – powiedział tonem, jakby chciał przeprosić, ale tego nie zrobił. Drugi ratownik obserwował tę sytuację, był bardzo zdenerwowany.
– James, co ty wyprawiasz?!!!! Nie mamy czasu na ratowanie kobiet, tam wysoko nie ma żartów.
– Bądź cicho, ona idzie z nami – powiedział stanowczo James.
– To jakaś wariatka – powiedział ściszonym tonem, nie chcąc być przez nikogo usłyszanym.
– Ruszamy, Amerykanie są na przełęczy Monta Rosa, trasa w pewnym momencie jest bardzo stroma, jak przejdziemy jakieś 300 metrów, już będzie z górki, temperatura spadła, ale musimy uważać na pęknięcia lodowca, są niewidoczne nocą. – James mówiąc to obserwował reakcję całej załogi.
– Podaj mi mapę, chciałabym coś zasugerować, mam nadzieję, że mogę? – powiedziała Irena, nie czekając na odpowiedź.
Wzięła mapę i odwróciła ją w kierunku Jamesa.
– Powinniśmy tam być za 40 minut, mam nadzieję, że wytrzymają. Jeżeli pójdziemy według waszej mapy, będziemy tam 15 min. wcześniej, ale trasa będzie bardziej niebezpieczna ze względu na pęknięcia lodowca, jeżeli skręcimy lekko na zachód, trasa będzie bardziej płaska, zaoszczędzimy trochę sił, pamiętajcie, że jeszcze musimy ich przyprowadzić, a nie wiemy, w jakim są stanie.
– James spojrzał na Irenę i resztę załogi, jej wypowiedz miała sens, nie słysząc sprzeciwu, powiedział:
– Dobra, tak zrobimy.
Po czterdziestu minutach wszyscy troje byli już przy przełęczy, amerykańska ekspedycja już się nie poruszała. Byli przemarznięci, ukryli się za skałą, która chroniła ich od wiatru i marznącego śniegu.
Widząc latarki ratowników, zaczęli się poruszać, próbując krzyczeć, ale nie wydobywali z siebie żadnego głosu.
– Czy wszyscy są! – krzyknęła Irena.
Jeden z nich tylko przytaknął, pomogła mu wstać, co nie było łatwe, zmarznięte mięśnie odmawiały mu posłuszeństwa. Podała mu wodę i zaczęła masować uda, poruszył nimi lekko i postawił pierwszy krok, wzięła go pod ramię i przypięła do siebie liną.
Śnieg przestał padać, ruszyli tą sama trasą, równinny teren dodał wszystkim nadziei na dobre zakończenie.
Nagle Irena usłyszała Jamesa, wołającego o pomoc, jeden z Amerykanów pośliznął się, jego noga utknęła w pęknięciu lodowca, Irena przyświeciła mu latarką i po kilku minutach zobaczyli, że Amerykanin znowu jest w stanie iść. Niestety, szli teraz wolniej, najprawdopodobniej skręcił nogę. Reszta szła za nią, wszystko wyglądało na to, że się udało.
Po przejściu przez przełęcz Monta Rosa utrudnieniem stał się zimny, przejmujący wiatr, ale na szczęście przestał padać śnieg.
Gdy przeszli najbardziej stromą część lodowca i teren stał się płaski, zobaczyli światła schroniska.

***

Irena obudziła się rano, widząc wschodzące słońce, ucieszyła się.
– Już czas – szepnęła, podziwiając wschód. Biel śniegu oślepiała ją przez parę minut, dopóki wzrok się nie przyzwyczaił do intensywnej bieli.
W restauracji na dole schroniska przywitał ją oficer James.
– Pani Ireno, dziękujemy za pomoc, bez pani nie dalibyśmy rady.
Irena tylko przytaknęła.
– Co z nimi, są cali? – zapytała.
– Tak, oprócz skręconej nogi i kilku odmrożeń nic im nie jest.
Uścisnął jej rękę, po czym się oddalił, w ostatniej chwili odwracając się, rzekł:
– A jeszcze jedno, powodzenia w waszej wyprawie, macie piękną pogodę no i mam nadzieję, że nie będziecie nas potrzebować.
– Żegnam kapitanie, dbajcie o siebie – Irena spojrzała na niego z lekką ironią, ale również obawą, wiedziała, że tam na górze wszystko może się wydarzyć.
Prognozy pogody były bardzo optymistyczne, co dodawało wszystkim ochoty na wspinaczkę. Szczyt Dufourspitze był widoczny, co nie zdarzało się często o tej porze roku. Wszyscy wyszli przed schronisko, ciesząc się widokiem szczytów widocznych tego dnia. Na to właśnie wszyscy czekali.
Konstanty krzyknął:
– Idę do ciebie, Dufourspitze!!
Wszyscy zaczęli bić brawo, oprócz Amerykanów, którzy byli przygotowywani do drogi na pobliskie lotnisko, dla nich zdobycie Dufourspitze będzie musiało poczekać.
Irena spojrzała na chłopaków. Wszyscy trzej wyglądali na gotowych do drogi.
Stefan był rozpromieniony, była to jego pierwsza szwajcarska wyprawa.
– Spakowani? – zapytała z entuzjazmem.
Cała trójka jednocześnie kiwnęła głowami.
– Stefan? – zapytała, wiedząc, że to jego pierwszy raz w tak skrajnych warunkach.
– Gotowy – powiedział pewnie.
– Ruszajmy o 1:30 w nocy, temperatura będzie niższa, spróbujcie zasnąć.
Na lodowcu Monte Rosa byli około trzeciej w nocy, panowała zupełna ciemność. Droga była niewidoczna, poprzedniego dnia spadło około 50 cm śniegu. Drogę musieli torować sobie sami, a temperatura -20 stopni nie pomagała w tej wyprawie. Gdy zaczynało świtać, Irena dostrzegła jakieś światło, byli to Irlandczycy, którzy ruszali razem z nimi ze schroniska, szli za nimi ich wydeptanymi śladami, ale dali znak, że chcą ich wyprzedzić.
Irena zatrzymała wyprawę, żeby ich przepuścić, nie chciała przyspieszać, ich tempo było perfekcyjne, nie chciała zakłócać tego rytmu.
Irlandczycy przeszli obok nich, podnosząc tylko ręce na znak powitania.
Teraz to oni mieli utorowaną drogę, było znacznie lżej, co spowodowało, że nieco odpoczęli.
Czekało ich teraz najwyższe podejście, Irena spoglądała na zachodni stok, gdzie słońce oświetlało pięknie resztę pasma górskiego, był to widok wierzchołka na Breithorn, daleko w tle Mont Blanc. Widoczność tego dnia była rewelacyjna. Wszyscy byli przypięci do jednej liny, dała znać reszcie, żeby obejrzeli widok, wszyscy oniemieli, szczyty wyglądały pięknie w oświetlającym ich wschodzącym słońcu, były tak nierealnie wyraźne i barwne, że wszyscy osłupieli. Panorama była wspaniała, ich oczom ukazał im się również szczyt Polux, Cator i słynny Matterhorn. Spodziewali się tylko białych, ośnieżonych szczytów, a tymczasem różnorodność barw tych skalnych gigantów ich zaskoczyła.
W pewnym momencie Stefan wyciągnął aparat fotograficzny i krzyknął do Ireny.
– Uśmiech!!
Irena wyprostowała się i uniosła gogle, oświetlenie było perfekcyjne. Na zdjęciu pięknie prezentowały się dalej usytuowane szczyty Alp. Usłyszała tylko przewijającą się kliszę. Stefan odwrócił aparat i zrobił sobie zdjęcie z Konstantym i Wiktorem na drugim planie.
Dla tego widoku było warto ryzykować, dla takich chwil warto żyć – pomyślała Irena. Nagle poczuła ukłucie w okolicach serca, wiedziała, że to adrenalina, zakręciło się jej w głowie, zaczęła głęboko oddychać, myśląc – Skoncentruj się, to dopiero połowa drogi, jej myśli błądziły wszędzie, zaczęła myśleć o drodze powrotnej, co nie podziałało na nią optymistycznie. Po kilku głębokich wdechach uspokoiła się nieco, wszystko wróciło do normy, była gotowa do zdobycia tego szczytu.
Dalsza trasa okazała się łagodna, nawet pęknięcia lodowca były płytsze na wyższych wysokościach, co umożliwiło im szybsze poruszanie się.
Po kilku godzinach dalszej wspinaczki rozbili obóz, ich zmęczenie dobiegło zenitu, zasnęli bardzo szybko.
Irena obudziła się przed budzikiem, miała zły sen, była spocona i bolał ją palec u ręki, sprawdzając, wyczuła opuchliznę i lekki ból, ale palec nie był przemarznięty, miała w nim czucie. Złożyli namioty i wyruszyli w dalszą drogę.
Po godzinie wspinaczki osiągają poziom lodowca. Tu ubierają raki i asekurują się linami i czekanami, wbijając je w lód.
Wszyscy poruszają się sprawnie, omijając usiany szczelinami lodowiec.
Pogoda w pewnym momencie zaczęła się zmieniać, zaczął wiać przejmująco zimny północny wiatr. Irena poczuła szarpnięcie liny, Wiktor, który szedł za nią, wpadł do pasa w szczelinę lodowca.
Dała znać kolegom idącym z przodu, wszyscy się zatrzymali. Irena, nie odpinając liny, cofnęła się, próbując liną podciągnąć Wiktora. Sytuacja wydawała się pod kontrolą i w tym momencie osunął się jeszcze niżej w szczelinę. Spanikowała, odpięła linę i podeszła do niego najbliżej, jak mogła.
– Podaj mi rękę! – krzyknęła do Wiktora, drżały jej ręce, sama teraz była narażona na ściągnięcie przez Wiktora w szczelinę. Wiktor chwycił jej dłoń i podciągnął się lekko, zdołał nogą odbić się na zewnętrznej krawędzi szczeliny, co pozwoliło mu się wzbić wyżej, gdy był już na jej górnej części, odpoczął przez parę sekund i dał znać ręką, że wszystko jest w porządku.
Irena wróciła na swoją pozycję, ale nigdzie nie było liny, którą przed chwilą odpięła, spanikowana, zaczęła rozglądać się we wszystkie strony. Zauważyła, że Wiktor próbuje szarpać linę, kiedy rzucił ją z całej siły, Irena musiała zejść nieco niżej, żeby dosięgnąć do samego jej końca.
Przywiązała ją pospiesznie, dziękując Bogu, że się udało. Upewniła się, że lina jest poprawnie przypięta, po czym ruszyli dalej.
Po dwóch godzinach dotarli na szczyt, fanfarów nie było, tylko mgła i padający śnieg, który uniemożliwiał widoczność. Nie tego się spodziewali, na samym szczycie wbili polską flagę.
Byli jednak dumni, dokonali tego, Dufourspitze zdobyty.
Po krótkim odpoczynku ruszyli w dół, wiedząc, że czeka ich jeszcze długi powrót. Irena spojrzała jeszcze raz na biało czerwoną flagę szarpaną wiatrem, miała łzy w oczach.
– Dobra robota – powiedziała. Stefan zrobił wszystkim zdjęcie, niestety nie było za wyraźne z powodu mgły.
Przypomniała sobie ostatni sen, zaczęła się martwić, nie zdarzało jej się to często, pomyślała, że to chyba przez zmęczenie, jak tylko zejdą z wyższych partii, rozbiją obóz. Byli przemarznięci, Irena nie czuła już w ogóle palca, przeraziło ją to.
Droga powrotna wydawała się nieco trudniejsza, pomimo że znali już trasę i przewidywali, gdzie znajdują się największe szczeliny lodowca, nadal mieli do pokonania najtrudniejszą część ich wspinaczki, stroma prawie pionowa ściana Dufourspitze, zwana ,,kominem’’ wydawała się teraz od góry bardziej złowroga. Irena myślała o tym, że jak pokonają tą niebezpieczną część trasy to już będzie z górki i trasa będzie łagodniejsza.
I wtedy, niespodziewanie poczuła mocne szarpniecie liny. Wiktor poślizgnął się. Wystarczył zaledwie jeden fałszywy krok. Jedna niepozorna bryłka lodu pękła pod jego rakami. Zakręcił się jak manekin, jego dłonie szukały punktu zaczepienia. Lina między nimi napięła się jak struna. Irena poczuła nasilający się ból.
– Trzymaj się! – krzyknęła, wbijając czekan w lód. Z całej siły zaparła się nogami o zbocze, próbując zamortyzować szarpnięcie. Czuła, jak lina rwie jej ramiona, jak stopy zaczynają sunąć w dół. Wiktor zwisał kilka metrów niżej, zawieszony nad otchłanią, a jego dłonie rozpaczliwie próbowały znaleźć punkt podparcia.
– Podciągnij się! Dasz radę! – wołała, głos miała zachrypnięty.
Wiktor próbował się podciągnąć, palce drżały mu z zimna, żyły nabrzmiewały od wysiłku. Jeszcze chwila – jeszcze kilka centymetrów…
Nagle – suchy trzask…
Karabinek, łączący pas z liną, pękł jak zapałka. Lina wyślizgnęła się z uprzęży. Irena tylko przez ułamek sekundy zobaczyła jego oczy – szerokie, nieruchome – zanim zniknął gdzieś w dole.
Upadek był cichy. Zbyt cichy. Jakby szczyt Dufourspitze nie chciał, by ktokolwiek usłyszał.
Przez długą chwilę Irena nie ruszała się. Czuła, jak wiatr wyje jej prosto w twarz, jakby góra śmiała się z niej – z jej bezradności. Dłoń nadal ściskała koniec liny, choć już wiedziała, że to bez sensu. Że go tam nie ma. Że nie udało się go utrzymać. Wiktor – człowiek, z którym wspinała się, z którym przegadała niejedną noc w śpiworze rozpiętym na wysokości czterech tysięcy metrów – zniknął. Po prostu.
Zaczęła drżeć – nie z zimna. Z emocji, których nie umiała nazwać. Wiktor zawsze był odważniejszy. Szukał ryzyka, gonił za czymś niewidzialnym, rozumiała go, byli nieco podobni. Lecz ona potrafiła słuchać swojego wewnętrznego głosu, którego nie traktowa jak wroga, pomagał jej w życiu. Być może Wiktorowi zabrakło tego, nie potrafił się wsłuchać w ten głos. Mówił, że na szczycie wszystko nabiera dla niego sensu. Że tylko tam, na wysokości, naprawdę oddycha.
Płacząc, klnąc, zastanawiała się, co dalej robić, nie mogła go zostawić, ale była za bardzo zmęczona, żeby do niego teraz zejść. Musiała odpocząć. Dała znać chłopakom, żeby zeszli jak najszybciej i wezwali pomoc. Ona postanowiła wrócić po Wiktora.
Łzy zamarzały jej na policzkach, a płuca bolały od szlochu. Coś ściskało jej klatkę piersiową tak mocno, że traciła oddech. W myślach powtarzała, – Opanuj się, płacz tylko przeszkadza. Tylko spokój nas uratuje. Nagle ujrzała twarz ojca, który podawał jej rękę. Poczuła ciepło.
Zapaliła latarkę, która zaczęła migać. – Nie teraz- powiedziała przez zęby – kurwa, nie teraz!!!
Po kilku uderzeniach latarka zaczęła ponownie prawidłowo działać, w dole widziała ciało Wiktora, nie zleciał bardzo nisko, ale obawiała się, że i ten upadek mógł być dla niego bardzo niebezpieczny.
Wreszcie odpięła końcówkę liny od uprzęży. Ruch był automatyczny, niemal mechaniczny. Wbiła czekan głębiej w lód, z trudem łapiąc równowagę. Musiała zejść. Musiała go znaleźć.
Świat pod nią był biały i bezkresny, wiatr przybierał na sile i zaczął padać śnieg, ale wiedziała, że musi to zrobić, że musi zejść do Wiktora.
Zaczęła schodzić w dół, sprawnie wbijając raki. Czuła, że prowadzi ją jakaś siła, że nie jest sama.
Dotarła do skalnej półki i zobaczyła Wiktora, nie poruszał się, sprawdziła jego oddech, nic nie wyczuwała, zresztą w tych warunkach było to zbyt trudne. Szukała jakiegoś zacisznego miejsca, przyciągnęła go do siebie, wspinaczka z nim już była niemożliwa.
Przywiązała do niego linę i czekała na pomoc. Temperatura zaczęła się obniżać, a padający śnieg uniemożliwiał widoczność nawet na parę metrów.
– Proszę, nie odchodź – myślała.
Zasnęła, co było bardzo niebezpieczne, obudził ją krzyk ratowników.
– Podaj linę!
Była szczęśliwa, gdy usłyszała ich glosy – Tutaj, tutaj – wydawało się jej, że krzyczy, ale był to delikatny szept, niesłyszalny dla nikogo.
Latarka zaczęła razić ją w oczy. Był to James, który przywiązywał linę i podał jej ciepłą wodę, wyobraziła sobie, że jest w ciepłym łóżku, a mama podaje jej ciepłe mleko. Nigdy nie pragnęła tego ciepła tak jak teraz, piszczało jej w uszach, chciała spać.

***

Irena obudziła się następnego dnia, zobaczyła obok jej szpitalnego łóżka stojących kolegów i lekarza.
– Jak się pani nazywa – zapytał lekarz. Zebrała wszystkie siły, przełknęła ślinę, gardło miała wysuszone.
– Irena, Irena Morzycka, a Wiktor…???

zamów teraz

Nasza książka „DZIEDZICTWO I KRYPTOMERIA” jest już dostępna! Możesz zamówić ją na Amazonie w wielu krajach, takich jak:
Polska, Wielka Brytania,
USA, Holandia,
Szwecja, Hiszpania, Kanada
i Japonia.

Proszę wyszukać „Dziedzictwo i kryptomeria” w przeglądarce Amazon w swoim kraju lub skorzystać z przycisku poniżej, aby dokonać zakupu na Amazon.pl
Dostępna jest już e-book oraz audiobook, które będą dostępne bezpośrednio na naszej stronie. Tu możesz przeczytać fragment

 Książkę otrzymasz w ciągu 2-3 dni na swój adres.

Mój blog

Dostępne fragmenty książki

Jeśli chcesz dowiedzieć się, o czym jest moja książka, przeczytaj fragmenty i przenieś się do dawnych czasów.

Zapisz się na newsletter

Shopping Cart